Sully Erna we Wrocławiu i Łodzi: relacje fanów

30 września 2017 | 16:06

Za mną pierwszy w moim życiu solowy koncert Sully’ego Erny. Artysta wraz z towarzyszącym mu zespołem wystąpił 23 września we wrocławskim centrum koncertowym A2. Natomiast dzień później grał w łódzkim klubie Wytwórnia, ale na tamten występ niestety nie mogłem jechać. Pierwotnie oba występy Sully’ego miały być poprzedzone supportującym go zespołem Ukeje. Niestety z powodu choroby wokalisty jego koncerty zostały odwołane i w efekcie cały wieczór był zarezerwowany dla Sully’ego i spółki.

Zanim miałem okazję zapoznać się z solową twórczością Sully’ego, zagłębiałem się w muzykę jego macierzystego zespołu – Godsmack. Wszystko zaczęło się kilka lat temu, kiedy przypadkowo w serwisie Youtube trafiłem na utwór „Keep Away”. Po usłyszeniu pierwszych dźwięków tej piosenki polubiłem ten zespół. Później zacząłem kupować i wsłuchiwać się we wszystkie ich płyty. Następnie czytałem różne ciekawostki o zespole i wszystkich jego członkach, a potem pragnąłem zobaczyć ich na żywo. Długo na to czekałem, ale w końcu to marzenie się spełniło. I tak oto 9 czerwca 2015 roku zespół Godsmack zagrał jako jeden z headlinerów Impact Festiwalu. Ten dzień będę pamiętał do końca życia. Tymczasem z solową twórczością Sully’ego zapoznałem się z dopiero jakiś czas po tym, jak została wydana jego druga płyta, „Hometown Life” i wtedy znalazłem czas, by móc przekonać się, jak brzmi muzyka, którą artysta prezentuje na swoich solowych albumach. Klimat jego debiutanckiej płyty, „Avalon”, sprawił, że zafascynowałem się drugim obliczem wokalisty. Muzyka bardziej subtelna, enigmatyczna, przepełniona magią, a jednocześnie skłaniająca słuchacza do refleksji. Druga solowa płyta już się nieco różni od poprzedniej, ale charakterystyczny dla solowej twórczości styl Sully’ego został zachowany.

Nigdy nie przypuszczałem, że będzie mi dane wybrać się na solowy występ muzyka, aż tu nagle jak grom z jasnego nieba spadła na fanów wiadomość o nie jednym, lecz dwóch koncertach Sully’ego – we Wrocławiu i w Łodzi. Z pewnych przyczyn nie mogłem być na obu występach, ale ogromnie się cieszyłem, że artysta zdecydował się wystąpić u mnie we Wrocławiu. Okazja jedna na milion. Niedługo potem pojawiła się informacja o możliwości spotkania się z muzykiem, zrobienia z nim zdjęcia, itd. Nie ukrywam, że – tuż po występie Godsmacka 2 lata temu – moim drugim największym marzeniem było indywidualne zdjęcie z Sully’m. Trzeba było się trochę „natrudzić”, by zrealizować ten cel, ale uznałem, że warto. Na dzień przed koncertem otrzymałem od fundacji Wonderful Union informację o szczegółach spotkania.

W dniu koncertu przybyłem pod wejście na ok. 20 min. przed planowanym czasem. Z drobnym opóźnieniem przyszła osoba, która miała za zadanie oprowadzać nas podczas całego spotkania, tzw. VIP coordinator. Zweryfikował wszystkich uczestników z listy, wręczył nam pamiątkowe laminaty oraz litografie podpisane przez Sully’ego, a następnie poprzez backstage zaprowadził nas pod scenę, gdzie czekaliśmy na pojawienie się naszego ulubionego muzyka. W tym czasie kupiłem na pamiątkę koszulkę z europejskiej trasy koncertowej. Nieco później VIP coordinator wyjaśnił nam, jak będzie przebiegać spotkanie, zrobił wszystkim uczestnikom spotkania grupowe zdjęcie, a potem pojawił się wyczekiwany przez wszystkich gość – Sully Erna we własnej osobie. Każdy z uczestników spotkania podchodził indywidualnie do artysty. VIP coordinator robił zdjęcia, a następnie można było chwilę porozmawiać z Sully’m. Po zrobieniu zdjęć powiedziałem osobiście Sully’emu, jak bardzo cenię jego muzykę i jak wielką rolę odgrywa ona w moim życiu. Ponadto podziękowałem mu za koncert Godsmacka w Polsce – w imieniu własnym oraz mojego kumpla, który akurat nie mógł być na obu występach Sully’ego w naszym kraju. Moje słowa bardzo go uradowały, gdyż cieszył się z ponownej możliwości wystąpienia w Polsce. Potem dałem mu do podpisania cztery płyty, które wziąłem ze sobą, a były to „Avalon” oraz trzy albumy Godsmacka – ich imienny debiut, „Awake” oraz „Faceless”. Inni uczestnicy spotkania również skorzystali z możliwości uzyskania autografów (na płytach, biletach, itp.), a także wręczali muzykowi prezenty. Następnie Sully udał się na backstage, by się szykować do występu, a ja oraz inni uczestnicy VIP-owskiego spotkania zajęliśmy pod sceną pierwsze miejsce w rzędzie i czekaliśmy na gwóźdź programu.

Półtora godziny oczekiwania i w końcu światła na chwilę zgasły, na ekranie za sceną pojawiały się animacje z przestrzeni kosmicznej, a z płyty puszczono utwór „In Through Time” z płyty „Avalon”, który stanowił koncertowe intro. W tle muzyki był recytowany tekst, który brzmiał mi dość znajomo. Dość szybko się zorientowałem, że te słowa napisał sam Sully, a przeczytać je można wewnątrz okładki jego debiutanckiej płyty. Cały ten efekt sprawił, że można się było faktycznie poczuć tak, jakby poprzez muzykę zabierano słuchacza w podróż galaktyczną. W końcu weszli na scenę Sully, Lisa Guyer i cała reszta składu i rozpoczęli właściwą część koncertu.

Repertuar, jaki został przygotowany na ten koncert, był prawie taki, jak sam muzyk zapowiadał. Prawie, ponieważ nie zagrano ani jednej piosenki z twórczości Godsmacka. Miałem cichą nadzieję chociaż na „Running Blind” lub „Serenity”. Jednak, biorąc pod uwagę całokształt występu, brak utworów macierzystego zespołu Sully’ego nie był aż tak wyraźnie odczuwalny. Zgodnie z obietnicą pojawiły się piosenki z jego dwóch solowych albumów, z niewielką przewagą tych z płyty „Hometown Life”, a resztę koncertu wypełniły covery innych wykonawców. Spośród autorskich utworów Sully’ego najbardziej mnie ucieszyło, że w secie zagościły „7 Years”, „The Departed”, „Hometown Life” oraz „Turn It Up!”. Dwie ostatnie z wymienionych piosenek dopiero na tej trasie zadebiutowały. Ponadto na tle całej solowej twórczości Sully’ego wyróżnia je to, że są nieco „mocniejsze” od pozostałych jego dokonań i muzyk mógł uznać, że nie powinny pojawić się na liście do zagrania. Natomiast pozostałe ze wspomnianych wcześniej utworów nie były wykonywane na zeszłorocznej trasie, dlatego też w miarę zbliżania się koncertu we Wrocławiu zastanawiałem się, czy Sully postanowi je zagrać. Byłem jednak ogromnie zadowolony, że wszystkie cztery utwory zostały wykonane podczas tego występu. Szczególnie cieszyłem się z „The Departed”, bo to mój ulubiony utwór z debiutanckiej płyty Sully’ego. Oczywiście niemałą radość wywołały u mnie również te bardziej popularne utwory artysty, jak chociażby „Sinner’s Prayer”, „Avalon”, „Eyes of a Child”, czy też pochodzące z drugiej płyty „Don’t Comfort Me”, „Different Kind of Tears” oraz „Blue Skies”.

Warto też wspomnieć o coverach, jakie zostały zagrane podczas tego występu. Jednym z nich był utwór „Nothing Else Matters” Metalliki. Wprawdzie bardzo lubię ich muzykę, ale tej piosenki w pewnym momencie zacząłem mieć dosyć, a to dlatego, że radio oraz inne media nagminnie puszczały ten kawałek i w efekcie za bardzo mi się on osłuchał. Jednak do koncertu Sully’ego ten utwór pasował jak ulał. Zresztą w jednym z wywiadów Sully mówił, że uważa Metallikę za królów metalu, i że są oni dla niego wielką inspiracją, dlatego też zdecydował się coś z ich twórczości zagrać na swoim koncercie. Pozwolił publiczności odśpiewać sporą część tego utworu, co wywołało u mnie silne, pozytywne emocje. Warte uwagi było także zagrane na sam koniec występu medley, składające się z dwóch coverów, a były nimi utwory „Dream On” zespołu Aerosmith oraz „Hey Jude” Beatelsów. Oba numery zostały bardzo sprawnie połączone, a banalny refren z „Hey Jude” („Na, na, na, na, na na, na, na, na”) odśpiewany przez wszystkich fanów sprawił, że ponownie odczułem dużą dawkę pozytywnej energii, o którą sam artysta zapytał publiczność. Poprosił, aby zachować to uczucie na zawsze w pamięci i podzielić się z nim z bliskimi. Jednak tym, co mnie bardzo mocno chwyciło za serce, było wykonane przez Sully’ego na klawiszach „Crawling” z repertuaru zespołu Linkin Park. Nie ukrywam, że jestem ich wielkim fanem, a niedawną śmierć Chestara Benningtona bardzo mocno przeżyłem. W głębi duszy coś czułem, że Sully będzie chciał oddać hołd zmarłemu frontmanowi Linkin Park, mimo iż raz już to zrobił. Na początku sierpnia zagrał „Crawling” wraz z całym zespołem Godsmack w wersji akustycznej podczas festiwalu Musikfest 2017 w Betlehem. Natomiast na swoim solowym występie, jak już zostało wspomniane, Sully zaprezentował ten utwór na klawiszach. Warto dodać, że Linkin Park na swojej ostatniej trasie z Chesterem także wykonywali tę piosenkę w takiej wersji. W rezultacie to, co słyszałem na koncertach Linkin Park oraz na występie Sully’ego brzmiało niemal tak samo. I właśnie dlatego tak bardzo mnie to poruszyło, ponieważ zrodziły się we mnie na nowo wspomnienia z dwóch ostatnich koncertów, na których mogłem jeszcze zobaczyć na żywo Chestera, a było to w tym roku w Pradze i Krakowie.

Należy jednak zaznaczyć, że Chester nie był jednym artystą, którego Sully chciał upamiętnić. Dużo uwagi poświęcił zmarłemu również w tym roku Chrisowi Cornellowi, znanemu z takich zespołów, jak Audioslave, Soundgarden, czy Temple of the Dog. Ponadto swój autorski utwór, „Falling to Black”, Sully zadedykował wszystkim muzykom, którzy opuścili ten świat w tym i w zeszłym stuleciu. Podczas wykonywania tej piosenki na ekranie za sceną pojawiały portrety muzyków wraz z ich datami narodzin i śmierci. Wśród nich, oprócz wspomnianego Chestera i Chrisa, pojawili się m.in. John Lenon z Beatelsów, Kurt Cobain z Nirvany, Cliff Burton z Metalliki, Freddie Mercury z Queen, Michael Jackson i wielu innych. Sully powtórzył również to, o czym wspomniał kilka miesięcy temu – że muzyka jest językiem wszechświata, a to jaki kto prezentuje styl muzyczny nie ma znaczenia, jak długo tworzy się prawdziwą sztukę. Liczy się to, że mamy muzykę, która nas łączy i ułatwia komunikację.

Wprawdzie pewne momenty koncertu były dość poważne, ale nie zabrakło chwil przepełnionych humorem. Na przykład wtedy, gdy Sully powiedział do basisty Tye’a Zamory: „Skoro jesteś w Polsce, to pij k…. polskie piwo”. Zresztą muzycy podczas występu nie stronili sobie od naszych trunków, co sprawiło, że atmosfera koncertu była niekiedy dość luźna. Natomiast Tey w pewnym momencie postanowił rozbawić publiczność poprzez pokazywanie zabawnych min w połączeniu z poruszaniem każdą brwią z osobna. Innym ciekawym momentem był ten, w którym Sully dostrzegł w tłumie fanów osobę podobną do nieżyjącego od kilkunastu lat gitarzysty zespołu Pantera, Dimebaga. Ponadto podczas wykonywania niektórych utworów Sully i jego towarzysze pozwalali sobie na trochę wygłupów poprzez różne gesty, spojrzenia i ruchy. Emanowała z nich ogromna energia, a im dłużej grali, tym większą radość widać było na ich twarzach. Bez wątpienia byli zachwyceni polską (w tym wypadku wrocławską) publicznością, która swój entuzjazm wyrażała poprzez klaskanie, okrzyki, czy wspólne śpiewanie piosenek. Tak, jak 2 lata temu na Impact Festivalu, tak również na tym występie Sully powiedział, że to najlepsza publiczność, z jaką się spotkał do tej pory. Wspominając o pracach nad nowym albumem grupy Godsmack, obiecał, że zrobi wszystko, aby w 2018 roku pojawić się ze swoim zespołem w naszym kraju.

Warto także chwilę uwagi poświęcić Lisie Guyer, która nie tylko ładnie wygląda i śpiewa, lecz także rewelacyjnie tańczy. Jej ruchy na scenie stanowiły bardzo ciekawe uzupełnienie koncertu Sully’ego. Przyznam się szczerze, że momentami dłużej wpatrywałem się w tańczącą Lisę, niż pozostałych muzyków. Jednak uważam, że nie byłem jednym uczestnikiem koncertu, któremu trudno się było temu oprzeć. Kto z męskiej części widowni chociaż przez jedną dłuższą chwilę nie wpatrywał się w Lisę, niech pierwszy rzuci kamieniem.

Natomiast o samym Sully’m można śmiało powiedzieć, że to człowiek orkiestra. O tym, że jest on multiinstrumentalistą wie raczej każdy jego fan. Jednak dopiero na solowym koncercie Sully’ego można było obserwować popis jego muzycznych umiejętności. Raz grał na gitarze akustycznej („Different Kind of Tears”, „Falling to Black”, „Nothing Else Matters”), raz na bębenkach („Cast Out (Spirit Ceremony)”, „7 Years”,), a raz na klawiszach („Blue Skies”, „Crawling”). Niewielu muzyków może pochwalić się takim warsztatem, a Sully bez wątpienia jest jednym z nich. Możliwość obserwowania na żywo tak uzdolnionego muzyka budzi wielki podziw.

Podsumowując, ten dzień był wspaniały i oszałamiający. Nie tylko dlatego, że spotkałem się osobiście ze swoim ulubionym artystą, lecz także dlatego, że miałem okazję uczestniczyć w koncercie pełnym emocji, magii i szeroko pojętego klimatu. Gdy 2 lata temu jechałem na koncert Godsmacka w Łodzi, miałem zamiar wraz z całym tłumem skakać i bawić się do upadłego. Jednak tym razem nastawiłem się na koncert, który sprawi, że moja uwaga była całkowicie skupiona na tym, co Sully i jego towarzysze przygotowali na ten wieczór. To sprawiło, że mogłem poczuć siłę wibracji, jaką niesie z sobą muzyka. To jest podarunek, który na zawsze pozostanie w mojej pamięci, i którym będę się dzielić z innymi.

Koncert w Łodzi na następnej stronie:

Strony: 1 2 3 4

Komentarze (1) do wpisu “Sully Erna we Wrocławiu i Łodzi: relacje fanów”

  1. Marcin napisał(a):

    Dzięki, świetny wpis