Robbie Merrill dla Metal Ignition

18 lutego 2015 | 17:10

Basista Godsmack Robbie Merrill udzielił ostatnio wywiadu dla australijskiego Metal Ignition, w którym opowiedział m.in. o początkach zespołu i o tym jak ocenia 20 lat istnienia grupy.

Robbie Merrill o 20-leciu Godsmack:

Trochę to szalone, że nadal jesteśmy razem, nadal jesteśmy kumplami i ze sobą rozmawiamy. To jest najlepsze w tym wszystkim. Sporo przeszliśmy przez te 20 lat. Postanowiliśmy niedawno dalej to ciągnąć i to naprawdę fajne.

Robbie Merrill o początkach zespołu:

To zabawne, bo Sully sam do mnie zadzwonił. Był perkusistą i grał w thrashowej kapeli. Powiedział mi, że chce śpiewać i grać punka, a ja w sumie go wyśmiałem. Kilka miesięcy później mieliśmy gitarzystę. To nie był punk, po prostu robiliśmy muzykę. Sully grał na bębnach, ale kiedy nie mogliśmy znaleźć innego wokalisty, stwierdził że sam spróbuje śpiewać. Tak to się zaczęło. Zaczęliśmy pisać coraz więcej, stawaliśmy się coraz lepsi i doszliśmy w końcu do punktu, w którym sami wydaliśmy płytę. Zagraliśmy kilka pokazowych koncertów, ale żadna wytwórnia się na nich nie pojawiła. Sprzedawaliśmy płytę wprost z bagażnika naszego samochodu. Jakoś 9 miesięcy później, to zabawne, ale siedzieliśmy w restauracji z kilkoma wytwórniami i dostaliśmy kontrakt. Podpisaliśmy już papiery, ale inne wytwórnie nadal chciały przyjechać, rozmawiać z nami i starać się przekonać nas do siebie. Ale wyśmiewaliśmy takie propozycje. To było na zasadzie – spóźniliście się na statek. Reszta jest historią. Pierwszy album sprzedał się w ilości około 5 mln sztuk i od tego czasu ciągle istniejemy. Podpisaliśmy kontrakt w maju 1998.

O tym jak Godsmack zwrócił na siebie uwagę wytwórni:

Człowieku, nigdy się nie poddawaliśmy. Stworzyliśmy wokół siebie własną scenę. Graliśmy w Bostonie i nikt nie przychodził. Zaczęliśmy grywać w okolicy, w miejscach w odległości 30 minut jazdy od Bostonu, pukaliśmy do wszystkich drzwi. Byliśmy naprawdę dobrym zespołem koncertowym i coraz więcej ludzi zaczęło przychodzić na nasze koncerty. Rocco z radia WAAF zaczął grać nas w radiu, to nam bardzo pomogło. Po prostu uderzaliśmy wszędzie gdzie się dało i byliśmy wytrwali. Był też wtedy inny zespół, który pewnie znacie – Staind. Byli ze Springfield w stanie Massachusetts, to jakieś 2 godziny drogi od nas. Jechaliśmy do nich i graliśmy przed nimi, potem oni przyjeżdżali do nas i grali przed nami. Więc graliśmy dla pełnych sal jakieś 6 miesięcy przed tym zanim podpisaliśmy kontrakt. Zbudowaliśmy naszą własną scenę mniej więcej w taki właśnie sposób. Źle się czuję z tym, że dzisiaj dla zespołów nie jest tak łatwo jak wtedy. Wytwórnie nie podpisują już kontraktów z rockowymi zespołami, wszystko jest na YouTubie i musisz ogarniać te wszystkie rzeczy social media. My robiliśmy to w prosty sposób – po prostu wychodziliśmy na scenę i graliśmy.